Indoktrynacja a żywotność dziecka

Data ostatniej modyfikacji:
2008-07-11
Autor: 
Ryszard Nowakowski
emerytowany pracownik Politechniki Wrocławskiej, autor podręczników akademickich do matematyki, wydawca książek nowALEF (www.nowalef.pl)

Człowiek jest częścią natury. Rodzi się i rozwija dzięki siłom, w które wyposażyła go natura, ale i dzięki uczuciom rodzicielskim (też przecież będącym częścią natury). Także opiekuńczość tkwiąca w psychice przedszkolanek i nauczycieli nauczania początkowego, jest darem natury. Pochodną tych przymiotów jest duch twórczości (również naukowej), jeśli owa twórczość nie kieruje się karierą, chęcią błyszczenia, nie jest objawem obłędu, lecz szczodrości, chęcią obdarowania społeczeństwa. Przymioty te charakteryzują się działaniem, a nie mówieniem o działaniu. Owe dary natury są największym sprzymierzeńcem edukacji. Jednak dzisiejsza edukacja zagubiła je mędrkowaniem pedagogiki i psychologii, pseudonaukowością i socjotechniką.

Szkoła natury

Dary natury wprost tryskają z dzieci. Wszystko chcą zobaczyć, wszystkiego dotknąć, we wszystkim brać udział, niezależnie od warunków swego bytowania, biedy, czy dobrobytu (jedynie skrajna nędza lub skrajny przesyt mogą tłumić żywotność dziecka albo kierować na wybryki).

Obserwuję trzyletniego malucha. Bawi się furtką, trzaskając nią. Usiłuję mu przeszkodzić, podstawiając nogę. Nie rezygnuje, usiłuje trzasnąć mimo przeszkody. Skoro nie udaje mu się zwykłym popchnięciem, szykuje się do wielkiego zamachu. Wyczuwa już, o czym mówi prawo pędu Newtona. Gdy biegając, chce gwałtownie skręcić, pochyla się we właściwą stronę, gdy przyspiesza pochyla się do przodu, gdy z pędu się zatrzymuje przechyla się w tył. Gdy mu dać narzędzia, młotek i kołek, próbuje go wbijać w ziemię, najpierw niezdarnie, ale bez pouczeń nabiera wprawy i kołek wbija. Gdy przypadkiem weźmie lżejszy młotek czuje, że coś jest źle i idzie po cięższy, gdy weźmie za ciężki, również szybko to spostrzega. Ciekawi go robak, mrówka, osa, wróbel. Łatwo dostrzega proste związki, manipuluje klamką, kluczem w zamku, chętnie naciska klawisze, bo widzi jakiś skutek. Robi to coraz bardziej celowo.

Dziecko od samego początku, niemal od becika zestraja swoje działania (ruchy rączek, nóżek, głowy, oczu, uszu) z myślą, zamiarem, wolą, kojarzy je. Żeby złapać zabawkę macha rączkami i choć się nie od razu udaje, nie rezygnuje. Raz złapaną zabawką manipuluje, obraca, potrząsa, zbliża, oddala, liże, mruczy itd. Potem raczkuje, staje, chodzi i zaraz wybiera się ?w świat". Słucha, rozumie i wreszcie mówi.

Dziecko, nie zdając sobie z tego sprawy, jest szczęśliwcem, gdy w jego życie nie wdziera się zbyt wcześnie przymus żłobka lub przedszkola, bo oboje rodzice muszą zarabiać na chleb lub wybierają własne kariery. Jest szczęśliwcem, gdy ma wokół siebie rodzeństwo lub gromadkę dzieci z sąsiedztwa. Jest szczęśliwcem, gdy może uczestniczyć w zwykłym życiu rodziny i przyrody, chłonąć i doświadczać bogactwa bezpośrednio widzianego, dotykanego, słyszanego, próbowanego. Rozpoznaje sens ilości, jakości, formy, relacji. Nie z definicji, ale z naturalnego zetknięcia, uczestnictwa i kojarzenia. Wchodzi w mowę, w jej giętkość, śpiewność, piękno, rytm, rym, w sens, który mówieniem można przekazać, w reguły i logikę mowy, w możliwość wyrażania radości, żalu, gniewu, woli.

Natura szkoły

Ale dziś dziecko szybko dostaje się w tryby świata, na razie przedszkolnego. I to nie tego dawnego, niemal rodzinnego, nie na dwie godziny, nie na krótko, ale do fabryki przedszkolnej, z całym jej wykalkulowanym programem. Bo przedszkole to coraz bardziej fabryka przechowywania i kalibrowania charakteru i mentalności dzieci według naukowych(?) założeń, ustalonych w uczonych(?) gremiach gdzieś w świecie, założeń i trybu zafiksowanych w księgach: podręcznikach metodyki dla nauczycieli i zeszytach ćwiczeń dla nich. Nauczyciel nie patrzy już na dziecko, wyznacza mu tylko stronicę jego księgi i, wodząc palcem w swojej księdze, wydaje gromadce dzieci polecenia. To może zbyt przerysowany obraz, ale jakże często oddający istotę przedszkola.

Zapewne usłyszę, jak bajecznie kolorowa, jak urozmaicona, jak ciekawa jest owa księga dla dzieci, jak mądra jest księga nauczyciela i że dla dzieci wyniknie stąd tylko samo dobro. Przygotowuje się je przecież do szkoły (mitu i straszydła), bez tego przygotowania nie podołają szkolnym wymaganiom, nie będą miały równego startu.

A ten start to zaproszenie do niepojętego bełkotu. Bełkotu tu już w szkole traktowanego na serio, z kontrolowanym żądaniem, by go dzieci opanowały. Bełkotu, w którym utopiono bezpośredniość i prostą użyteczność arytmetyki i geometrii. Jeśli ktoś nie dowierza, niech zajrzy trzeźwo do ?zeszytów pracy? malucha (czyż sam ten termin, to nie fabryka?). Zamiast radości poznawania ? harówka, a w istocie drętwota i coraz mniej radości. I tak aż do końca szkoły.

Nowoczesna edukacja chce przyspieszyć proces poznawczy. Prostotę zastępuje masą edukacyjną, wtłaczaną na początku w pozorowanym sztafażu dziecięcym. Jest to poznanie kierowane fanaberiami nauczycieli i autorów, pozbawione pierwiastków autentyczności, swobody i radości. Ową masę edukacyjną produkują ?naukowo? teoretycy pedagogii, psychologii, psychotechniki, a pod ich przewodem nadają jej roboczą postać autorzy podręczników i metodyk, zatwierdzają manekiny rzeczoznawców i urzędników, a wtłaczają dzieciom do głów manekiny nauczycieli.

Owa naukowa i edukacyjna produkcja jest jednak żenująco uboga w pomysły, a masę tworzy się prasą drukarską. To nawet nie są oryginalne pomysły, lecz zerżnięte skądinąd sztuczki, grafy, drzewka, rebusy, krzyżówki edukacyjne, obrazki (żuczków, motylków, listków) zamiast konkretów, skąpe okienka w zeszytach pracy do nabazgrania cyfry lub słowa, a zaraz potem ?naukowe? terminy liczb, znaków, symboli matematycznych, niechlujne, bez potrzeby, pakowane do głów grubo przedwcześnie, dla oszołomienia.

Morał

Te zabiegi tłumią i fałszują własną konfrontację dziecka ze światem. Żywotność dziecka jeszcze próbuje tworzyć w tej sztucznej scenerii własny świat, nie ma on jednak pełnej mocy naturalności, a naturalny kształcący kontakt dziecka ze światem przegrywa z indoktrynacją. Administracyjne przyspieszanie rozwoju dziecka nie zostawia mu czasu na dojrzewanie i okrzepnięcie.

Przed wojną...

Przed wojną były nie przedszkola, a ochronki (sam do takiej krótko chodziem). Przygotowywały pewne zdyscyplinowanie dzieci w gromadzie. I nie było nauczycieli przedszkolnych, a ochroniarki, a potem przedszkolanki z przygotowaniem nie magisterskim, a w sam raz przydatnym do zajęcia się dziećmi. Dzisiejsze przedszkole jest z jednej strony przechowalnią dzieci na czas pracy rodziców (bo teraz nawet matka ma większy pociąg do własnej kariery, niż do życia w rodzinie i zajęcia się dzieckiem, a mąż nie zarabia wystarczająco dużo, by zaspokoić potrzeby rodziny, choć te potrzeby są wygórowane w stosunku do rzeczywistych potrzeb wychowania i w istocie utrudniają je), a z drugiej strony jest fabryką przedszkolną mającą skalibrować dzieci wedug wypaczonej wyobraźni dzisiejszych pedagogów, poddanych ponadto presji rynku.

Podpisuję się pod tym

Podpisuję się pod tym obiema rękami. Mnóstwo cytatów można by przytoczyć na potwierdzenie powyższych racji (np. z Einsteina). Przedszkole, szkoła, studia...

Powrót na górę strony